Morderstwo w Żarach. Krwawy Czesio nie miał litości dla swoich ofiar. Zabijał i zakopywał w komórce.(cz. 1)

Andrzej Flugel
18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku.
18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. Mariusz Kapała
Udostępnij:
W sierpniu 1972 r. przy ul. Konopnckiej w Żarach doszło do jednej z najbardziej krwawych zbrodni w naszym regionie. Dzisiaj po niemal pół wieku od tych zbrodni przypominamy Czytelnikom tamte wydarzenia. Oto pierwsza część tej historii. W sierpniu tamtego roku Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra Zofia B., która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia...

Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra Zofia B., która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia. Wprawdzie siostry nie odwiedzały się często, ale pisały do siebie, wysyłały kartki świąteczne. Tymczasem od niemal trzech lat kontakt ustał.

Zobacz, gdzie leży ul. Konopnickiej w Żarach

Gdzie jest moja siostra?

18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. On spał, a kiedy się obudził, ich już nie było. Wanda P. nie miała dobrego zdania o Czesławie M. Siostra skarżyła się jej na swojego konkubenta, pisała i opowiadała, że jest agresywny, szczególnie kiedy sobie wypije, a zdarzało się to często. Dlatego Wanda P. nie uwierzyła w nagły nocny wyjazd. 24 sierpnia zgłosiła się do Prokuratury Wojewódzkiej w Zielonej Górze, bo podejrzewała, że Czesław M. zabił jej siostrę i dzieci.

Czesław M. został zatrzymany i 28 sierpnia przesłuchany po raz pierwszy. Powiedział to, co od trzech lat mówił znajomym i sąsiadom.

Kolejna konkubina też "wyjechała"

Milicja zaczęła sprawdzać. Okazało się, że w tajemniczych okolicznościach „wyjechała” nie tylko Zofia B. z dwojgiem dzieci, ale też kolejna konkubina Czesława M. – 35-letnia Stanisława D. z synem Markiem... Czesław M. został zatrzymany i 28 sierpnia przesłuchany po raz pierwszy. Powiedział to, co od trzech lat mówił znajomym i sąsiadom. W kwietniu 1969 roku, po kłótni, Zofia B. zabrała swoje rzeczy i razem z dziećmi wyjechała w nocy. Zeznał także, że od dawna podejrzewał ją o romans z jakimś mężczyzną z Zielonej Góry, stąd ich udany wcześniej związek zaczął się psuć. Pogodził się ze stratą. Później poznał Stanisławę D., która wraz z synem zamieszkała u niego. Z nią sytuacja była podobna. Po dobrym początkowym okresie pożycia zaczęły się kłótnie, kobieta nie była mu wierna i też nagle wyjechała.

18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. Mariusz Kapała

Potwór przyznał się do zbrodni

Prokurator nie uwierzył w taki zbieg okoliczności, aresztował Czesława M. na trzy miesiące i zlecił oględziny jego mieszkania. Kiedy do podejrzanego dotarło, że znaleziono tam mnóstwo śladów ludzkiej krwi, 31 sierpnia sam poprosił o rozmowę z prokuratorem. Przyznał się do pięciokrotnego zabójstwa. Protokół z przesłuchania jest wstrząsający. Czesław M. beznamiętnie opisuje, jak doszło do zbrodni. Pierwszej dokonał późnym wieczorem 1 kwietnia 1969 roku. Pokłócił się z Zofią B. Ta nazwała go pijakiem i uderzyła szczotką. Wówczas on rzucił młotkiem. Trafił ją w głowę. Zofia B. padła na progu między kuchnią a pokojem. Kiedy usiłowała się podnieść, uderzył ją jeszcze parę razy. Następnie poszedł do pokoju i kilkoma ciosami pozbawił życia śpiącą Elę, panieńską córkę Zofii B., a później to samo zrobił z ich wspólnym synem Ryszardem.

(...) Nie pamiętam, czy Eli poodcinałem nogi i ręce, czy także głowę. Członki zwłok Eli także zaniosłem do ubikacji. Ubikację zamknąłem i przystąpiłem do sprzątania. Rozpaliłem ogień pod kuchnią, nagrzałem wody.(...)

Zacierał ślady zbrodni

Postanowił zatrzeć ślady zbrodni. „Ponieważ całych zwłok B. nie mogłem przenieść, więc wziąłem taką małą siekierkę, którą miałem w kuchni – zeznawał Czesław M. – Poodcinałem B. nogi, ręce i głowę. Do tej pracy przyniosłem taką grubą deskę, którą podkładałem pod ciało, aby lepiej było odcinać. Części tych zwłok poprzenosiłem z kuchni, a raczej z pokoju, i poukładałem w ubikacji. Ciało Eli porozcinałem na podłodze w pokoju i podkładałem pod nie tę samą deskę. Nie pamiętam, czy Eli poodcinałem nogi i ręce, czy także głowę. Członki zwłok Eli także zaniosłem do ubikacji. Ubikację zamknąłem i przystąpiłem do sprzątania. Rozpaliłem ogień pod kuchnią, nagrzałem wody. Jednocześnie zacząłem palić pokrwawione szmaty, to jest koszulę i sukienkę B. i koszule dzieci, i chyba dwie poduszki, które były pokrwawione w całości. Mniej pokrwawioną pościel zaraz tego samego wieczoru prałem sam w pralce. Podłogi zmywałem wodą i po kilkukrotnym zmienieniu wody wymyły się do czysta. Po zmyciu podłogi przystąpiłem do czyszczenia tapczanu. Zmywałem go proszkiem i ciepłą wodą. Plamy zostały, ale nie tak wyraźne, że z daleka nie było nic widać. Trochę krwi przeciekło do pudła tapczanu, ale zmyłem ją ciepłą wodą. Tego dnia poszedłem spać o godzinie 23. Cały czas był włączony telewizor. Gdy przyszedłem na drugi dzień z pracy, to zacząłem kopać dół w komórce, gdzie miałem króliki. Między dwiema klatkami na króliki stoi drabina. Wtedy był tam beton, ale ja go skruszyłem młotkiem. Wykopałem tam dół głębokości około 80 cm i szerokości 60 cm. Części zwłok zaniosłem tam dopiero na trzeci dzień i zasypałem ziemią. Zaraz po zasypaniu tego samego dnia miejsce to zalałem cementem”.

Czytaj również na naszym portalu

Kolejna krwawa zbrodnia po dwóch latach

W lipcu 1969 roku roku Czesław M. poznał Stanisławę D. Prokuratorowi opowiadał, jak wyglądały relacje między nimi, aż do feralnego dnia, czyli 1 września 1971 roku. Wtedy doszło do kłótni. „D. chwyciła nóż – zeznawał. – Ja wówczas robiłem drewniane doniczki. Rzuciłem ją młotkiem i trafiłem w głowę. Upadła, ale chciała się podnieść. Wtedy ja jeszcze raz uderzyłem ją w głowę. Nie ruszała się, wiedziałem, że nie żyje. Przeciągnąłem jej ciało z kuchni do pokoju. Potem pozbawiłem życia Marka H. przez uderzenie młotkiem dwa razy. Zabiłem go dlatego, że po pozbawieniu życia jego matki nie miałem wyjścia. Z jednej strony było mi go żal, bo został sam bez matki, a z drugiej, jak bym mu wytłumaczył jej nieobecność? Zwłoki Stanisławy D. przykryłem kocem, a Marek nadal leżał w łóżku przykryty kapą. Zastanawiałem się, gdzie ukryć zwłoki i przyszło mi na myśl, żeby zakopać je w piwnicy”.

18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. Mariusz Kapała

Te zeznania mrożą krew w żyłach

Lektura kolejnych stron protokołu z przesłuchania jest równie wstrząsająca. „Jeszcze tego samego wieczoru udałem się do piwnicy i zaraz po prawej stronie w narożniku zdjąłem kawał cegły i zacząłem kopać dół. Tego wieczoru wykopałem na głębokość 1,5 szpadla. Była późna godzina, a podłoże twarde, z gliny, nie chciałem, żeby ktoś w bloku usłyszał, więc odstąpiłem od tej pracy.

(...) nogi i ręce, oprócz odcinania od tułowia, przecinałem na pół, bo nie weszłyby mi do dołu (...)

Następnie wróciłem do domu i poszedłem spać. Następnego dnia wstałem o 7, do pracy nie szedłem, bo byłem na zwolnieniu lekarskim. Po nakarmieniu królików poszedłem do piwnicy kopać ten dół, który wykopałem na głębokość 70-80 cm. Wróciłem do mieszkania z zamiarem rozczłonkowania zwłok D., bo w całości nie weszłyby mi do dołu, nawet bym nie udźwignął... W tym celu przyniosłem kawał deski, który miałem w domu. Następnie podkładałem deskę pod ciało i siekierką poodcinałem ręce i nogi, ale nie pamiętam, w jakiej kolejności. Wydaje mi się, że ze zwłok Marka nie odcinałem żadnych części, a zaniosłem je do przygotowanego uprzednio dołu w całości. Nie pamiętam, w jakiej kolejności je nosiłem, czy najpierw rozczłonkowane części Stanisławy D., czy Marka. Zwłoki te zawijałem w stary płaszcz i w tym płaszczu zanosiłem je do piwnicy, do dołu. Zwłoki Marka były chyba w pidżamie, części zwłok Stanisławy D. zawijałem w jakieś szmaty. Dodam jeszcze, że nogi i ręce, oprócz odcinania od tułowia, przecinałem na pół, bo nie weszłyby mi do dołu, ponieważ w dole była rura kanalizacyjna i dalej kopać się nie dało.

(...) zabójstwa te bardzo przeżywałem i było mi żal tych osób. Przeżywałem też to, że ciała tych osób nie są pochowane na cmentarzu (...)

Ćwiartował i żałował?

Dlatego trzy czy cztery kawałki rąk i nóg, ale nie wiem, czy górne, czy dolne części, zostawiłem w mieszkaniu i zasypałem dół. Te pozostałe kończyny w ciągu tego samego dnia zakopałem w ogródku koło klatki z królikami, pomiędzy klatką a murem. Po usunięciu zwłok przystąpiłem do sprzątania mieszkania. Najpierw usunąłem zakrwawioną pościel, tę bardziej zakrwawioną spaliłem, mniej brudne wyprałem. Następnie wymyłem podłogę z krwi. Miałem wówczas chorą nogę, w związku z czym przebywałem na zwolnieniu, co utrudniało mi tę robotę. Sprzątanie mieszkania zakończyłem między g. 21 i 22. Potem położyłem się spać. Dodaję, że zabójstwa te bardzo przeżywałem i było mi żal tych osób. Przeżywałem też to, że ciała tych osób nie są pochowane na cmentarzu. Przez pewien czas w komórce, w której złożyłem zwłoki Zofii B., Elżbiety P. i Ryszarda M., zapalałem świeczkę. Robiłem to dość często, ale tak, żeby nikt tego nie widział. Zapalałem je w szczególności w dzień zmarłych. Ponieważ na ziemi leżała słoma, świeczkę stawiałem na drabinie. Pewnego dnia zauważyłem, że świeca spadła i zapaliła się słoma, ale na szczęście zgasła. Od tego czasu w komórce już świec nie zapalałem”.
Druga część artykułu:

Zobacz film: Morderstwo w Lubsku

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Spora przewaga PiS nad KO - sondaż

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie